Wyprawa do Reala

NatkaMikołaj wpadł dziś do mnie wołając od progu:
– Nata, jedziemy na zakupy?
Wiedziałam co to znaczy.
Mikołaj uwielbiał takie wyprawy. Mógł do woli oglądać się za każdą spódniczką. Do wyboru, do koloru. Oglądać i snuć opowieści o każdej z nich. Co jak co, ale fantazję to on miał. Głównie niespożytą.
Złapałam więc torebkę i zdumiałam się, bo zamiast dużego busa, ujrzałam pięknego Citroena. Takiego, co to polskie drogi są w nim wspaniałe.
– Co to za wózek? Zapytałam
– No przecież, że nie mój. Pontona. Co mam jeździć swoim i paliwo marnować? A tak ona zatankuje, i na dupy mam czym jeździć.
– A ona o tym wie?
– O czym? O innych? Myślisz, ze mnie to obchodzi? Jak się zacznie fochać, loda nie dam sobie zrobić i zaraz zmięknie.

Podróż do Reala, choć trwała tylko kwadrans, była jednym wielkim skeczem. Musieliśmy okrążyć rodno powtórnie, gdyż Mikołaj przegapił pannę w krótkiej kiecy. A to jest niedopuszczalne. Taki widok nie ma prawa się zmarnować!
Pogoda nie dopisywała. Dziewczyny odsłaniały dziś wyjątkowo mało. I dobrze, bo nie wiem ile byśmy jechali do tego supermarketu.
Nie przepadam za atmosferą takich sklepów, chciałam jak najszybciej zrobić zakupy i wrócić. Mikołaj był w swoim żywiole. Każdą sztukę wyłowił swoim spojrzeniem, każdej zajrzał w dekolt, każdą sto razy w myślach przeleciał.
Sama też lubię ładne kobiety. Lubię na nie patrzeć i delektować się nimi jak dziełami sztuki. Mi podobają się tylko niektóre, zaś Mikołajowi wszystkie.
– Ja tam biorę jak leci, bo kto nie próbuje, ten nic nie przeleci.
Udało nam się w końcu dotrzeć do kasy. Stoimy, i raptem słyszę podniecony głos Mikołaja:
– Ale sztuka!
– Gdzie? – zapytałam.
– Tam, na herbatach. Zobacz, Jezu, ale pięknie chodzi!
Patrzę we wskazanym kierunku i szukam owej piękności. I nic. Widzę jakieś dziewczę, pewnie ze wsi na egzaminy przyjechała. Na to wskazywał jej strój; białe rajstopki, biała bluzeczka, granatowa spódniczka i czarne czółenka na bardzo wysokim obcasie. Ciągnęło ja do przodu niemiłosiernie, bo w takich butach trzeba umieć chodzić. Włosy też nie widziały dobrego fryzjera, tylko tego z Koziej Wólki. Tak fatalnie zrobionego balejażu dawno nie widziałam.
– Zsunął bym jej tylko te rajstopki, odchylił majtki i zapakował w tyłek po same pomidory – głos Mikołaja tuz przy moim uchu przerwał te rozmyślania.
– Lepiej wypakuje zakupy, bo zaraz nasza kolej – ściągnęłam go do rzeczywistości.
Pani w kasie uśmiechnęła się do nas i to wystarczyło, by Mikołaj zaczął tokować jak głuszec. Ile mogło trwać podliczanie zakupów? Minutę? Dwie? W tym czasie już wiedział, że pani woli wino, niż piwo a świece mają mieć zapach jaśminu. Dalej nie słuchałam.

Powrót trwał wyjątkowo krótko, co bardzo mnie zdziwiło.
Gdy wyciągałam siatki z bagażnika, zadzwonił telefon Mikołaja.
– Kto to? – zapytałam.
– Ponton. – uciął krótko.
– I co u niej?
– Nic. Wyszła od fryzjera i mam po nią pojechać.
– To ja zmykam do domu, a Ty jedź – zebrałam swoje siatki. – Zaraz będzie padało.
– Zgłupiałaś?! – obruszył się. – Za pół godziny moja kasjerka z Reala kończy robotę, musze wziąć prysznic i umyć torby – uśmiechnął się obleśnie. – Nie wiadomo co się zdarzy.
– A Ponton?
– Jak kocha to poczeka – wzruszył ramionami. – Są taksówki. Nie mogę być na każde zawołanie. W głowie jej się poprzewraca! Są priorytety. To ważna rzecz Nata, zapamiętaj.

2 myśli nt. „Wyprawa do Reala

Możliwość komentowania jest wyłączona.