Wolf Creek

wolf_creek.jpgFilm obejrzałam tylko dlatego, że w notce dystrybutora jak wół stało: horror. A jak horror, to nie ma rady, obejrzeć trzeba. No właśnie, słowo trzeba w trakcie projekcji urosło do słowa: kiedy to się skończy do cholery! Niemrawy początek sam w sobie zniechęcił od razu, ale miałam nadzieję, że wraz z upływem minut tempo akcji wzrośnie proporcjonalnie do mej temperatury. Jakżeż płonne były me nadzieje. Film zaczyn sie sceną samochodową, tzn. młody chłopak wybiera auto na długą podróż po pustyniach Australii. I już tutaj daje ciała, bo wybiera najgorszego gruchota, który wiadomo, że sypnie sie przy pierwszym wyboju. Ale nic to, patrzę dalej.

Chłopka zabiera w podróż dwie koleżanki, które marzą o tym by zobaczyć na własne oczy krater Wolf Creek, będący największym tego typu miejscem na ziemi.

“Oczywistą oczywistością” jest, że auto sie psuje po drodze i oczywiście na zadupiu spotkać muszą psychopatę.

Pan psychol ratuje całą trójkę z opresji i jak dobry wujek John holuje ich na swą farmę. A tam, cóż. Najpierw wino, ognisko, a potem niezbyt mila pobudka. Wesoły pan wybawca okazuje się być dr. Hyde co to lubi zrobić sobie czasem rzeź niewiniątek.

Głupota naszych bohaterów, ktorzy zamaist strzelić w łeb oprawcy, mówią jak na Hansie Klossie:stać, bo strzelam, jest porażająca. Zasługują na swój marny koniec.Uwielbiam takie klimaty…

Reasumując obraz mdły, nudny, że aż musiałam przewijać  i co najgorsze  przewidywalny. To, że na faktach autentycznych wzbudza tylko niesmak, że tacy psychopaci żyją wśród nas i ze jesteśmy tak nieprzygotowani na wrogość ze strony innych.

Mam  ochotę kupić sobie nożyk, nigdy nie wiadomo kiedy się przyda.