the OH in Ohio, czyli jak się uzależniłam od wibratora

Oh-in-OhioPriscilla Chase (w tej roli Parker Posey), przystojna, amerykańska bizneswoman ma teoretycznie wszystko. Świetną pracę z perspektywami na Bardzo Ważne Stanowisko, piękny dom w sypialnianej dzielnicy i przystojnego męża z ponadprzeciętnie dużym penisem.
Jack Chase, maż Priscilli (w tej roli Paul Rudd) ma prawie wszystko: przystojną żonę, sex zawsze, gdy poprosi i pracę nauczyciela w ogólniaku.
Wydawało by się, sielanka, czy może raczej american dream (by było bardziej po amerykańsku). Wiadomo, że tak być nie może i faktycznie – tak nie jest. Obydwoje są nieszczęśliwi.
On jest nieszczęśliwy, gdyż pomimo starań, doskonałej techniki i ponadprzeciętnie dużego penisa nie potrafi doprowadzić żony do orgazmu. Nie tylko do wielkiego OOOHHH, ale i do małego, zupełnie maleńkiego ohh…

Ona jest nieszczęsliwa, bo jej mąż się zadręcza tym, że nie może jej doprowadzić do orgazmu i przez to pije. I robi jej wyrzuty. I atmosfera w domu jest nieprzyjemna, choć ona daje mu na każde żądanie.
Problem polega na tym, że Priscilla cierpi na sexual dysfunction, znaczy – sex jej nie grzeje. Wali ją to po prostu. Nigdy o tym nie myśli. Wcale tego nie potrzebuje. I wcale jej to nie przeszkadzało. I nie przeszkadza. Robi to tylko wtedy, gdy mąż zażąda, bo jemu chce sprawić przyjemność.
Zaczyna jednak o tym myśleć, po jednej z tych mało przyjemnych rozmów z mężem. Idą do odpowiedniego lekarza specjalisty, ten im zaleca wibrator. Lekarzyna zostaje przez naszą parę wyśmiany i opuszczają gabinet. Na parkingu robi się gorąco i kończy się na sexie w samochodzie. Ale choć przedbiegi były zupełnie niezłe, finał jest klasyczny. Nie ma orgazmu.
Nasza bohaterka zaczyna rozmyślać, wybiera się na zakupy do sexshopu, gdzie prześliczna, wielkooka i bisexualna dziewczyna zza lady pomaga jej dobrać coś w sam raz na początek. Priscilla zaszywa się w sypialni i spięta jak dziewica w noc poślubną rozpoczyna stymulację. I nagle OOOHHHH! Jest! Rozpoczyna więc zabawę po raz drugi. I trzeci.
W tym czasie Jack, obserwuje ją przez szparę w drzwiach, gdyż właśnie był wszedł do swego domu. Zachowuje się zgodnie z kanonem amerykańskich filmów – jeśli jest coś, co można zrobić źle – on na pewno to zrobi. Tak też się dzieje, zamiast wskoczyć do łóżka na “trzeciego”, unosi się szowinistycznym poczuciem honoru i wybiega z domu.
Jego rejterada ma też swoje plusy; Jedna z jego uczennic, uzdolniona i przepiękna była narkomanka zostaje jego kochanką. Chce w ten sposób pomóc swojemu ulubionemu nauczycielowi odzyskać wiarę w swoje męstwo. Jest zachwycona jego ponadprzeciętnie dużym penisem.
Priscilla nie potrafi obyć się już bez pieszczot wibratora, zamawia odpowiednią bieliznę, ale nim dotrze do niej nietypowe zamówienie, jako środek tymczasowy i zastępczy wkłada sobie pager w majteczki. I idzie na bardzo ważne spotkanie.
I tutaj będzie scena z gatunku “dla mało wybrednych i małoletnich”. Uważam, że bez tej sceny film byłby dużo lepszy, bo bardziej prawdziwy. A tak, cóż.
Tak czy siak, Jack dzwoni, (aż chce się użyć słowa “namiętnie”) do Priscilly, ta nie odpowiada, ale pager pracuje i dobrze robi swoją robotę między palcami nóg Priscylly. Tymi dużymi palcami. Tutaj fanfary: Ta Da – Jackowi po raz pierwszy udało się doprowadzić swoją żonę do orgazmu. Zdalnie i bezwiednie, ale jednak.
Potem jeszcze trochę sympatycznych scen na basenie u Dannego De Vito. Naprawdę sympatycznych, choć Facet Od Basenów i Priscilla wyglądają razem prawie jak Piękna i Bestia.
I koniec. Bez jakiś szczególnych excesów.
Damska część widowni będzie podobnie, jak ja pewno zdegustowana – co za film, bez sensu! O nic w nim nie chodzi!
Męska pewno się nie zgodzi. I usłyszę,że film był doskonały, bo opowiadał o niedoskonałych ludziach. Takich jak my. O ich niedoskonałym życiu, takim jak nasze. I taki film nie musi kończyć się fanfarami, wrzuceniem ofiary w czeluści wulkanu czy happy endem. Ten film jak prawdziwe życie – po prostu toczy się dalej.
Coś w tym jest…