Scoop

Woody Alen ScoopUwielbiam kino Woody Allena. Zawsze z niecierpliwością czekam na każdy jego kolejny film. Nikt, tak jak on nie potrafi budować dialogów i robić filmów nazwanych przeze mnie „gadanymi”. Intelektualna uczta zakrapiana wyrafinowanym humorem.
Scoop jest niestety anty przykładem dla takich filmów. Nie jest to typowe kino Allenowskie.

Na film.onet.pl napisali krótko:

Londyn. Amerykańska studentka dziennikarstwa (Scarlett Johansson) przygotowuje duży artykuł, a przy okazji romansuje z brytyjskim arystokratą (Hugh Jackman).

Pomyślałam – onetowcy, jak zwykle, piszą recenzję nie widząc wpierw filmu. I zabrałam się do oglądania.

Rzecz opowiada o seryjnym mordercy, który upodobał sobie za ofiary krótkowłose brunetki.
Na trop zbrodniarza wpada młodziutka dziennikarka (w tej roli nowa muza Woody Allena, Scarlett Johansson) i wespół z iluzjonistą (Woody Allen) poszukują zabójcy na własną rękę. Pomaga im w tym przybywający zza światów zmarły dziennikarz. Głównym podejrzanym jest młody i znany arystokrata, w którym na nieszczęście dziewczyna się zakochuje.
Zakończenie okazuje się banalne, filmik zaś jest mówiąc szczerze byle jaki, nie zapada w pamięci, jak choćby świetny Nothing else.

Ten film jest dokładnie o taki, jak jego recenzja na onecie.
Aż mi się wierzyć nie chce, że to napisałam, ale tak własnie jest. Dramat!

Jedynym plusem jest nawiązanie do Monthy Pythona w postaci scen ze śmiercią.

Zrobili z tego kryminalik, bez drugiego dna, bez słynnej puenty Allena. Ot, kino na jeden wieczór, byleby zabić czas.
Fani Allena powinni obejrzeć, dla zasady. Przeciętnym śmiertelnikom nie będącym specjalnymi zwolennikami Woodego, także może się spodobać takie leciutkie kino – komediowo-kryminalne.
Chociaż moim zdaniem więcej napięcia ma w sobie jakakolwiek Agata Christy, wiec może lepiej spożytkować ten czas na lekturze, niż oglądaniu pseudo-kryminału.