Job, czyli ostatnia szara komórka

Job, czyli ostatnia szara komórkaObrazy Konrada Niewolskiego kojarzyły mi się dotychczas z szarą, smutną i przygnębiającą rzeczywistością. Pamiętam doskonale jego D.I.L – pierwszą, niezależną produkcję, czy też świetną, obsypaną nagrodami Symetrię. Filmy w zasadzie minimalistyczne jeśli idzie o formę, ale rozbuchane jeśli chodzi o emocje, naprawdę treściwe i “o czymś”. Filmy tak prawdziwe, że aż bolało.
Job jest z założenia komedią. Strasznie się zdziwiłam tą zmianą klimatu Niewolskiego, ale pomyślałam: Przecież można podać rzeczywistość również na wesoło, w innej formie.
Nie, nie jestem zwolenniczką tylko smutnych obrazów. Uważam wręcz, że nasze kino za bardzo lubuje się w skrajnościach. Albo za dużo tam płaczu albo na siłę chcą nas rozbawić. Niestety, choć rzeczywistość Niewolskiego jest jak najbardziej prawdziwa, realna, została jednak przedstawiona w niestrawny dla mnie sposób.

Film traktuje o trójce przyjaciół, nieudaczników, którzy wychowują się w typowym, polskim blokowisku.
Nie kupiłam tego obrazu; nie rozśmieszył mnie ani sposób narracji, ani prowadzenia dialogów. Dla niezorientowanego widza dodam, że film bazuje na oklepanych, znanych doskonale z Joe Monstera kawałach; jest jakby wizualizacją tychże. Nawet z radiowego głośnika głos spikera czytającego wiadomości nudzi nas kawałem o tym, jak to posłowie chcą wprowadzić zakaz skrętu w lewo. W prawicowym państwie prawa wolno skręcać tylko w prawo. Jak dla mnie – pachnie to odgrzewanym kotletem…

Pomysł sfilmowania kawałów być może wydawał się panu reżyserowi nowatorski. Czyżby zapomniał o Grzegorzu Halamie, który już kilka dobrych lat temu robił krótkie dowcipne filmiki? Ale produkcje Halamy były w całości autorskie, dzięki temu widz był zaskakiwany puentą, sposobem przedstawienia rzeczywistości. Tutaj tego nie ma. Z góry można przewidzieć ciąg dalszy, przez co film przestaje nas zaskakiwać, czyli nie budzi żadnych emocji.

Najlepsze są te wątki, które Niewolski sam wymyślił; jak choćby teleturniej, w którym rywalizują ze sobą rodziny, które się nienawidzą. Kapitalny wątek i odważna rola Krzysztofa Ibisza – polsatowski mydłek mruga do nas okiem i zaprasza: Już za tydzień rozpoczynamy nowy cykl: Zakapuj swojego proboszcza. Tego w Polsacie nie zobaczysz…
Było też parę innych momentów, przy których się uśmiechnęłam – scena z drzwiami w Realu, przygotowania na siłowni do pielgrzymki (więcej pokory bracia, więcej pokory) czy Nie znam kota który nazywa się Tuwim.
Ale to za mało dla wyrobionego widza, tym bardziej, że film z założenia jest komedią. Ja poczułam się znużona i z wytęsknieniem czekałam końca. Z bólem serca piszę te słowa, bo w jednej ze scen miałam przyjemność oglądać mego przyjaciela. Doskonale zagrał naćpanego, rastamańskiego native speakera. Może za bardzo Rowanem Atkinsonem pojechał, ale kupiłam jego rolę w stu procentach, mimo, że słowa po polsku nie powiedział.

Job doskonale podsumowuje sam pan reżyser w scenie początkowej; Wsłuchaj się w słowa krytyka filmowego i jeśli masz więcej niż jedną szarą komórkę, nie oglądaj, szkoda czasu.

Reasumując – film dla tych, którym podoba się Misiek Koterski i którzy mają go za idola, czyli dla nastolatków i buchających hiphopowców bo na nich z pewnością Job zrobi wrażenie.

Jedna myśl nt. „Job, czyli ostatnia szara komórka

  1. Jachu

    Najlepszy tekst z filmu :) To chyba było tak:

    mama do synka …
    uważaj na przejściu dla pieszych
    synek
    grozisz mi?

    Fajny motyw :D Ale trzeba go zobaczyć …

Możliwość komentowania jest wyłączona.