WALL-E, czyli służ i waruj…

WALL-E ( to skrót od Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący E-klasa) przez siedemset lat w samotności oczyszcza Ziemię z odpadów pozostawionych przez ludzi. Pewnego dnia na planetę przybywa EVE – nowoczesna, przepiękna, myśląca maszyna. Tego dnia życie WALL.E’ego zupełnie się zmienia i nabiera nowego sensu. Jego podróż przez galaktykę, przyjaźń z EVE, zabawne przygody oraz nowi, niekiedy niezwykli przyjaciele stali się tematem najnowszej komedii Studia Pixar.

wall-e

Tyle jak zwykle niezawodni recenzenci piszący notkę wydawniczą. Połowa z tego nie jest ścisła – ale tym razem będę wspaniałomyślna i przebaczę. Dlaczego? Bowiem w ręce wpadła mi recenzja tego prześlicznego filmu w gazecie (takie papierowe kartki, szeleszczące i nieklikalne myszką. Zupełnie bez sensu…) Tak naprawdę były to dwie recenzje – jedna z nich w gazecie, w jakiej się zaczytywałem lat temu – ujmijmy to tak: parę, a mianowicie: Nowa Fantastyka. Po tej recenzji zapragnęłam ten film zobaczyć. Drugą recenzję znalazłam przypadkiem w gazecie Angora. Dwie gazety, dwa różne światy – różny target, to i różni autorzy. Z całej Angorowej recenzyjki przytoczę tylko taki fragment:

Nudny gniot

[…]Na dobrą sprawę, w tym filmie dzieje się niewiele. Zamiast żywej, skrzącej dowcipem akcji, mamy snującego się robocika, powtarzającego w kółko jedno słowo: Ewa! Do tego jeszcze to nachalne, proekologiczne przesłanie. Zgroza.

Beata Klaps

Jestem głęboko przeświadczona, że pani Beata nie czytała nigdy w życiu Nowej Fantastyki. Fantastyki z pewnością tym bardziej – z jej aroganckich słów wieje młodzieńczą, różową Barbie tępotą. Myślę, że Piła III bardziej przypadła jej do gustu. Gdyby w ten sposób pisać recenzję, to posłuchajcie tego:

Zbrodnia i kara

Jeden chłoptaś chciał zakosić babince saszetę, ale się napatoczyła, to ją pierdyknął siekierą. Uciekł, a potem przez całą książkę było mu głupio.

Becia Klopsik

Rozumiecie, do czego zmierzam?

WALL-E to film prześliczny. Traktujący o samotności, obowiązku, przyjaźni i w końcu miłości. Akcja toczy się wartko i szybko, choć faktycznie roboty rozmawiają niewiele – tak po prawdzie, to dzieje się tak dużo i tak szybko, że rozmawiać nie bardzo jest kiedy. No i nie każdy ma wbudowany tak zaawansowany symulator mowy. Że nie ma błyskotliwych dialogów?! Para głównych aktorów opanowała grę ciałem tak perfekcyjnie, że nie ma żadnego problemu ze zrozumieniem nie tylko tego co chcą powiedzieć – jak na dłoni widzimy również to, co czują. Że to roboty? No i co z tego! To po prostu trzeba zobaczyć, a wtedy słowo Eva nabiera innego znaczenia.