Terminator. Memuary Sary Anny Connor.

Gdy pierwszy Terminator wchodził na ekrany polskich kin, Polska wyglądała inaczej niż dzisiaj. Inaczej wyglądały ulice, inaczej wyglądały nastolatki. Nie było tyle filmów w inach, nie było DVD, a VHS to było coś niebywałego – bo nie każdy miał. Film zrobiony z takim rozmachem, z Arnoldem w szczytowej formie zrobił na mnie kolosalne wrażenie. A, że czym skorupka za młodu nasiąknie…

Każde kolejne wydanie Terminatora starałem się zobaczyć tak szybko, jak to tylko możliwe. I każdy z trzech Terminatorów mi się podoba, choć każdy jest inny.
Na serial Terminator: Sarah Connor Chronicles natknąłem się już jakiś cza temu, ale sam tytuł jakoś nie przekonał mnie na tyle, by zobaczyć o co chodzi. Aż przyszedł czas, gdy choroba uziemiła mnie na kilka dni w domu, a 10Mb łącze zachęca do różnych eksperymentów. Zobaczyłem pierwszy odcinek, potem drugi i trzeci – i tak poleciało. Teraz czekam na każdy kolejny. Czekam i doczekać się nie mogę (to tak w skrócie, gdyby ktoś czekał na moją odpowiedź, czy warto oglądać).

Wydarzenia pokazane w serialu są powiązane z tymi, jakie widzieliśmy w pierwszym i drugim Terminatorze i nie mają kompletnie nic wspólnego z Terminatorem trzecim. Dlaczego tak jest – nie dociekam, bo nie czuję potrzeby. Nie przeszkadza mi to wcale – wręcz przeciwnie, gdybym mógł wymienić Johna Connora z trzeciego Terminatora na „serialowego” – nie wahałabym się ani trochę. Thomas Dekker jest moim zdaniem najlepszym Johnem Connorem jakiego do tej pory widziałem.

Cóż mogę powiedzieć o samym serialu, postaciach czy fabule – dla fanów gatunku jest to po prostu pozycja obowiązkowa. Czyste science-fiction z dodatkiem uroczych nastolatek, pistoletów, mordobicia i materiałów wybuchowych. Nikt jest jest do końca tym, za kogo mają go inni, niektórzy wydają się zmieniać na naszych oczach co daje nam poczucie uczestnictwa w większej całości. Niektóre odcinki są lepsze, niektóre są gorsze, ale ogólnie ogląda się doskonale, nijakich dłużyzn nie ma i nie korci mnie do przewijania do przodu.

Stale, niestety, daje mi się odczuć, że serial jest adresowany do widza raczej młodszego – główne postacie są nastolatkami, część problemów jest typowo nastoletnia, a cześć tych problemów wynika właśnie z głupoty jaka jest błogosławieństwem wieku nastoletniego. Nawet mój ulubiony filmowy cyborg jest ubrany w skórę uroczej nastolatki. Głębszych problemów niestety nie porusza się, lub reżyser prowadzi narrację tak, by młody (nastoletni) widz nie musiał myśleć o pewnych konsekwencjach wynikających z działań naszych ulubieńców.

O tym, że serialowy John Connor jest dobry pisałem, napiszę też, że Sara nie jest zła, choć jak na tak twardą kobietę jaką gra w filmie jest po prostu za chuda – szkoda. Linda Hamilton z pierwszego Terminatora była bardziej przekonująca. Bo niewiarę można przed projekcją zwiesić na kołku i z przejęciem oglądać, jak niewielka, szczupła nastolatka jedną ręką podnosi 100kg mięśniaka – bo wiem, że ona jest cyborgiem, to podobne akcje w przypadku matki naszego zbawcy ludzkości nie są tak przekonujące. Wszystko jest świetnie zagrane, ale mało realne. A szkoda, bo moim zdaniem serial na tym troszkę traci.

Humor – o tym koniecznie muszę wspomnieć na końcu. W filmie humoru nie brakuje – przecież to kolorowy film dla nastolatków. W niektórych odcinkach gagi są bardzo widoczne i brakuje wręcz tylko śmiechu z „puszki”, w niektórych zabawne sytuacje są bardziej złożone – a przez to zdecydowanie bardziej atrakcyjne.

Do tej pory nie byłem fanem jakichkolwiek seriali, po Terminator: Sarah Connor Chronicles dotarło do mnie, że od czasu, gdy widziałem pierwszego Terminatora w kinie zmieniły się nie tylko nastolatki na ulicach; do tej pory seriale kojarzyłem tylko z M jak M czy Plebania, czyli popłuczyny po gównie zabełtane długim kijem. Nagle dotarło do mnie jak bardzo ubogą mamy TV za którą każą nam płacić abonament! W jednym odcinku tego serialu jest więcej efektów specjalnych, fabuły i gdy aktorskiej niż we wszystkich serialach jakie pokazują w polskiej TV od dawna. Gdy dotarła do mnie ta smutna prawda, najpierw się zmartwiłem. Lecz zaraz po tym mnie olśniło – przecież mam 10Mb łącze i nie muszę oglądać Tańca z Truchłami czy Rankingu Plastików – mam do wyboru kilka innych produkcji, na zdecydowanie innym poziomie – Californication, Sanctuary, the IT Crowd czy nawet TrueBlood (choć ten ostatni miejscami przypomina mi o naszych, rodzimych produkcjach). Ale o tym już za chwilę.