Archiwa tagu: s-f

Terminator. Memuary Sary Anny Connor.

Gdy pierwszy Terminator wchodził na ekrany polskich kin, Polska wyglądała inaczej niż dzisiaj. Inaczej wyglądały ulice, inaczej wyglądały nastolatki. Nie było tyle filmów w inach, nie było DVD, a VHS to było coś niebywałego – bo nie każdy miał. Film zrobiony z takim rozmachem, z Arnoldem w szczytowej formie zrobił na mnie kolosalne wrażenie. A, że czym skorupka za młodu nasiąknie…

Każde kolejne wydanie Terminatora starałem się zobaczyć tak szybko, jak to tylko możliwe. I każdy z trzech Terminatorów mi się podoba, choć każdy jest inny.
Na serial Terminator: Sarah Connor Chronicles natknąłem się już jakiś cza temu, ale sam tytuł jakoś nie przekonał mnie na tyle, by zobaczyć o co chodzi. Aż przyszedł czas, gdy choroba uziemiła mnie na kilka dni w domu, a 10Mb łącze zachęca do różnych eksperymentów. Zobaczyłem pierwszy odcinek, potem drugi i trzeci – i tak poleciało. Teraz czekam na każdy kolejny. Czekam i doczekać się nie mogę (to tak w skrócie, gdyby ktoś czekał na moją odpowiedź, czy warto oglądać). Czytaj dalej

WALL-E, czyli służ i waruj…

WALL-E ( to skrót od Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący E-klasa) przez siedemset lat w samotności oczyszcza Ziemię z odpadów pozostawionych przez ludzi. Pewnego dnia na planetę przybywa EVE – nowoczesna, przepiękna, myśląca maszyna. Tego dnia życie WALL.E’ego zupełnie się zmienia i nabiera nowego sensu. Jego podróż przez galaktykę, przyjaźń z EVE, zabawne przygody oraz nowi, niekiedy niezwykli przyjaciele stali się tematem najnowszej komedii Studia Pixar.

wall-e

Tyle jak zwykle niezawodni recenzenci piszący notkę wydawniczą. Połowa z tego nie jest ścisła – ale tym razem będę wspaniałomyślna i przebaczę. Dlaczego? Bowiem w ręce wpadła mi recenzja tego prześlicznego filmu w gazecie (takie papierowe kartki, szeleszczące i nieklikalne myszką. Zupełnie bez sensu…) Tak naprawdę były to dwie recenzje – jedna z nich w gazecie, w jakiej się zaczytywałem lat temu – ujmijmy to tak: parę, a mianowicie: Nowa Fantastyka. Po tej recenzji zapragnęłam ten film zobaczyć. Drugą recenzję znalazłam przypadkiem w gazecie Angora. Dwie gazety, dwa różne światy – różny target, to i różni autorzy. Z całej Angorowej recenzyjki przytoczę tylko taki fragment:

Nudny gniot

[…]Na dobrą sprawę, w tym filmie dzieje się niewiele. Zamiast żywej, skrzącej dowcipem akcji, mamy snującego się robocika, powtarzającego w kółko jedno słowo: Ewa! Do tego jeszcze to nachalne, proekologiczne przesłanie. Zgroza.

Beata Klaps

Jestem głęboko przeświadczona, że pani Beata nie czytała nigdy w życiu Nowej Fantastyki. Fantastyki z pewnością tym bardziej – z jej aroganckich słów wieje młodzieńczą, różową Barbie tępotą. Myślę, że Piła III bardziej przypadła jej do gustu. Gdyby w ten sposób pisać recenzję, to posłuchajcie tego: Czytaj dalej

Enemy Mine, czyli Mój ukochany wróg.

Mój osobisty wróg to film SF z 1985 roku. To były dobre lata dla kina SF, bo i literatura SF była wtedy naprawdę na topie. Ten film też jest dobry, choć po oglądany dzisiaj, po tylu latach trochę trąci myszką – i efekty nie takie, i rozwinięcie akcji mało nowoczesne i przyznać to trzeba, trochę nudnawo miejscami. A jeśli nie nudnawo, to irytująco.

Mamy bowiem galaktyczną wojnę – ludzie podbijają kolejne układy gwiezdne tak, jak Cortez Amerykę – batem, stalą i ogniem. Bo okazuje się, że nie tylko my kolonizujemy obce światy – są Oni. A skoro są Oni, i są inni niż my, to należy ich wszystkich zabić, podbić ich planety i zawłaszczyć ich dobra. Tak jest sprawiedliwie, bo przecież Człowiek jest panem wszystkiego…

Tutaj od razu nadmienię – ten człowiek, co to jest panem wszystkiego zwykle jest biały i ma niebiesko czerwoną flagę w paski. Czytaj dalej

Transformers, czyli mam już auto, teraz pora na dziewczynę.

TransformersOd wieków, dwie rasy robotów – Autoboty i Decepticony – prowadzą wojnę, której stawką jest los wszechświata. Kiedy bitwa przenosi się na Ziemię, na drodze dążących do władzy Decepticonów staje Sam Witwicky (Shia LaBeouf) – przeciętny nastolatek, który interesuje się głównie samochodami i dziewczętami. Nieświadomy tego, że jest ostatnią szansą na przetrwanie gatunku ludzkiego, Sam razem ze swoją przyjaciółką Mikaelą (Megan Fox) znajdują się w samym centrum działań wojennych. Kiedy ważą się losy świata, Sam zdaje sobie sprawę, z rzeczywistego znaczenia motta rodziny Witwicków: „Bez poświęcenia nie ma zwycięstwa”.
Tyle notka od wydawcy, a ja myślę, że lepiej ten film podsumować pytaniem, jakie zadała naszemu niedorajdzie (czytaj: głównemu bohaterowi) piękna pani analityk w helikopterze lecącym do tajnej bazy: Jak Cię przekupili? Kupiłem samochód, – odpowiedział Sam – i okazał się kosmicznym robotem.

Mniej więcej tyle sensu jest w tym filmie. Ale nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że jest to film zły czy kiepski. Ktoś, kto tak mówi widział film z bardzo kiepskiej pirackiej kopii na gównianym małym monitorku.

Czytaj dalej

Starship Troopers vs Kosmiczni Komandosi

Starship Troopers, czyli Kosmiczni komandosiZdarzyło się raz, że trzeba było obejrzeć Żołnierzy Kosmosu. Chwała bogu, że było piwo z Biedronki(w myśl zasady, że wszystkiego trzeba spróbować), bo bez tego mogło być ciężko. A tak – cóż, dało radę. Przyznam, że zamiast recenzji najchętniej zacytowałabym Zygmunta, który napisał:

Nie wiem, czy ktokolwiek zauważył, ale film ten jest ekranizacją powieści Roberta A. Heinleina p.t. „Starship Troopers” (w Polsce wydanej jako „Kawaleria kosmosu”); na dodatek jest to ekranizacja kiepska, niesamowicie spłycająca fabułę książki, w tym podłoże konfliktu, psychikę bohaterów, a nawet wizję świata przyszłości (najwyraźniej budżet był za niski, żeby ubrać „żołnierzy kosmosu” w mecha-kombinezony zamiast w obcisłe rajtki i pokazać obcą planetę nie przypominającą kanionu Kolorado, jak większość współczesnych produkcji SF…)

Zygmunt ma rację. Czytaj dalej