Archiwa tagu: kryminał

Mr. Brooks, czyli co robić, gdy masz już wszystko.

Mr. BrooksTytułowy Mr. Brooks (Kevin Costner) wiedzie spokojny żywot, ale jego demoniczna natura objawia się, kiedy do głosu dochodzi jego alter ego, Marshall (William Hurt). Marshall to bezwzględny psychopata – z dziką pasją dokonuje brutalnych morderstw. Śledztwo w tej sprawie podejmuje nieugięta pani detektyw Attwood (Demi Moore). Znajomość ze wzbudzającym podejrzenia panem Brookesem narazi ją na śmiertelne niebezpieczeństwo. Tyle notka od wydawcy na Onecie. Tym razem Piszący Notkę nie zawiódł mnie i można się z niego pośmiać. Zacznijmy od końca; Pani detektyw nie poznała naszego bohatera – nie spotkali się nawet na moment. I to wcale nie nasz Mr. Hyde czyhał na jej życie, ani tym bardziej – Dr. Jekkyl (czyli Mr. Brook). Dalej mamy dziwaczną odmianę nazwiska: nasz bohater nazywa się Brooks, nie Brookes. Niewielka, ale jednak różnica – od tego może zależeć nasze być albo nie być. Nie zgodzę się też z tezą o „dzikiej pasji” i „brutalnych mordach”. Morderstwa są zaplanowane w każdym, najmniejszym nawet szczególe, a Marshall dokonuje ich na zimno – jak Wiedźmin. Dzikość i pasja pasują bardziej do zwierzęcych mordów z krwią i flakami na ścianach – w tym filmie mamy wręcz poezję; Czyste strzały, żadnego sadyzmu i żadnych emocji. No, nie licząc erekcji tuż po morderstwie. A to pozwala na kolejny seks z własną żoną. Jak to mówią – każdemu według potrzeb.

Czytaj dalej

Sleuth, czyli Stary Lis i Sroka

SleuthAndrew Wyke to starzejący się autor poczytnych kryminałów. Zaprasza on do swojej wiejskiej posiadłości młodego aktora, Milo Tindle’a, który ma romans z jego żoną. Pisarz, zafascynowany kryminalnymi zagadkami, postanawia wciągnąć młodego mężczyznę w grę, w której stawką są klejnoty o wartości wielu milionów dolarów. Jesteśmy świadkami trzymającego w napięciu pojedynku dwóch bohaterów na spryt i przebiegłość, po mistrzowsku zagranego przez gwiazdy światowego kina.

Tyle notka wydawnicza. Czuję się trochę zaniepokojona, bo znowu notka na onecie jest bardzo bliska prawdy. Nie przypuszczam jednak, by wydawcy czy recenzenci wzięli sobie do serca moje uwagi i oglądali film przed napisaniem takiej krótkiej recenzji na okładkę. Przypuszczam, że napisał to ktoś, kto czytał nowelę lub widział sztukę. Dostrzegam bowiem pewną analogię – jeśli film jest kręcony na podstawie sztuki/książki – to recenzja jest znacznie bliższa prawdy, niż filmu nakręconego „po prostu” na podstawie scenariusza.

Czytaj dalej