Człowiek na Księzycu, czyli Moon.

Zanim dwa słowa o filmie Moon, klasycznie zacznę od notki redaktorskiej z Film.Onet.pl:

Sam jest inżynierem i właśnie dobiega końca jego trzyletnia samotna praca przy nadzorowaniu wydobycia na Księżycu paliwa używanego na Ziemi. Miał kontakt z żoną i córką tylko przez wideotelefon, i aż zbyt wiele czasu, by snuć refleksje na temat przeszłości. Dzień powrotu do domu się zbliża, a tymczasem sprawy w odizolowanym świecie Sama zaczynają przybierać bardzo zaskakujący obrót… Niepokojący, skłaniający do przemyśleń, intymny i wnikliwy utwór o pamięci i tożsamości, ale także oryginalny film z gatunku science-fiction, ze znakomitym Samem Rockwellem w roli głównej.

moon

Muszę zaznaczyć na samym początku: ktoś, kto pisał powyższe zdania widział film. I to nie na podglądzie – ładnie, trafnie i mądrze napisane. Brawo! Jedynie z tą oryginalnością nie zgodzę się do końca – to przecież wariacja na temat który stale, od dziesiątek lat pojawia się w literaturze science fiction. A także w kinie – przecież zupełnie nie tak dawno widzieliśmy the Island – dylematy moralne w obu filmach są praktycznie jednakowe.

Wracając do filmu Moon – w wielu miejscach spotkałem niepochlebne opinie, że jeśli film mamy nazywać science fiction, to powinno być choć trochę science, a nie kompletnie fiction. Jest w tym trochę racji, bo jeśli Moon to science fiction, to taki np: serial Lost też powinniśmy nazwać science fiction. W niepochlebnych komentarzach znawcy astronautyki i astronomii wypominają liczne błędy – prawdą jest, że jeśli tak podejdziemy do tego filmu, to powinien być kompletną klapą. Ale coś mi się zdaje, że ci komentujący „naukowcy” nie są fanami fantastyki jeszcze z czasów literatury – bo kompletnie zapomnieli o co naprawdę chodzi w takiej beletrystyczno rozrywkowej fantastyce; Otóż, nie chodzi o kosmoloty, planety i ścisłe trzymanie się zasad fizyki. Takie Star Wars są tego najlepszym przykładem – bardziej głupiego filmu chyba nie ma, a jednak nie przeszkadza mu to stać się pozycją kultową.

W fantastyce chodzi o człowieka. Zawsze chodzi o człowieka. I o to, by go pokazać w sytuacji która tutaj, na planecie Ziemia nie miałaby szansy zaistnieć.

Nieprzypadkowo wspomniałem serial LOST (którego cztery sezony oglądaliśmy przez trzy dni z zapartym tchem) – akcja Moon mogłaby się praktycznie dziać w bunkrze, gdzie kolejny zmiennik musiałby wciskać przycisk. Dla fabuły filmu nic by to nie zaszkodziło, a przynajmniej widok radośnie biegnącego na bieżni faceta nie raził by naukowych purystów…

Kto chce zobaczyć o czym film – marsz do wypożyczalni, serdecznie polecam. A gdybym miał pomyśleć nad tym, czy kiedykolwiek ludzie zdecydowaliby się wyrządzić komuś podobną podłość – odpowiem bez wahania – jestem głęboko przeświadczony, że tak. I tak należy przyznać, że projektanci tego systemu bardzo się starali, by ich pracownik czuł się maksymalnie komfortowo – mnóstwo kasy musiały kosztować te wszystkie zabiegi dookólne które sprawiały, że nasz bohater czuł się normalnym, kontraktowym pracownikiem. Ale, tego też jestem pewien, z obliczeń księgowych wynikło, że wyjdzie to taniej, niż zostawiać tam strażników, poganiaczy czy inne środki przymusu do pracy. Zadowolony i pełen nadziei pracownik po prostu pracuje lepiej i wydajniej. I z własnej woli kładzie się potem do utylizatora, tfu – hibernatora…