Miesięczne archiwum: Luty 2007

Przypadki miłosne stolicy, część II

dziewczynaPrzyszła Pani Magister zaczęła w końcu myśleć. I wymyśliła. Skoro facet po kilku miesiącach bycia razem, mieszkania ze sobą, mówi Lubię cię, to albo mówi tak, bo nie kocha jej albo chce tylko fajnego sexu za free, bo żal wydawać na dziwki. Ot, taki związek bez zobowiązań. Tajemnica ich super pożycia intymnego też została wyjaśniona. Ona kochała, więc zrobiłaby dla niego wszystko, on zaś nie kochał i robił z jej ciałem wszystko na co miał ochotę. Ot, i cała tajemnica. A wyjaśniona kiedy? Po pewnym samotnym wieczorze, suto zakrapianym czerwonym Bordeaux, które jak widać głęboki skutek na naszą bohaterkę miewa.
Pani Magister, na drugi dzień powiedziała mu o tym i zażądała określenia się, bez żadnej ściemy. Trzeba mieć jaja i tupet, aby powiedzieć swej kobiecie prosto w oczy: tak nie kocham cię, byłem tobą z wygody. I powiedział to, że nie kocha, ale twierdząc, iż to przecież uczciwe postawienie sprawy – bo nigdy przed nią tego nie ukrywał. Nie kocha, ale przecież lubi.
Myślał pewnie: To jej winą jest, że nie potrafi dostrzec też innych barw, tylko czarne i białe. Normalnie, złą kobietą była!
Czytaj dalej

Flushed away, czyli wpuszczony w kanał

Wpuszczony w kanałFilmy rysunkowe są gatunkiem bardzo dla mnie specyficznym. Muszą bowiem spełniać dwa, podstawowe warunki:
– Po pierwsze muszą mnie bawić
– Po drugie, muszą mnie uczyć.
Dobry film musi posiadać ukryte, drugie dno, inaczej jest tylko głupią kreskówką dla bezmyślnych dzieciaków. Ot, coś biega, coś się przewraca. I coś się umazało. I krzyczy.
Od czasów Shreka, poprzeczka została podniesiona bardzo wysoko i twórcy tego gatunku filmowego muszą naprawdę się starać, by stworzyć coś godnego uwagi. Coś, co by bawiło nie tylko dzieciaki, ale i ich rodziców; Dobry film, a nie tylko kreskówkę.
Śmiało mogę powiedzieć: Flushed away nie wpuszcza nas w kanał, choć akcja toczy się właśnie tam, w ciemnych korytarzach i kanałach ściekowych.
Czytaj dalej

Przypadki miłosne stolicy, część I

kocham cieMam koleżankę, młodą piękną kobietę. Do niedawna zakochaną, jak to bywa: bez wzajemności. Czyli, mam koleżankę zakochaną głupio.
Na szczęście ów stan głupoty już poza nią, mówiąc potocznie: przejrzała dziewczyna na oczy.
Miłość jest piękna, owszem, ale tylko wtedy, gdy chcemy też dawać, a nie tylko brać. Inaczej to zwykły egoizm jest. I wygodnictwo.
Jak to wyglądało u niej? Jak każda zakochana kobieta, zrobiłaby wszystko dla swego mężczyzny. Dosłownie, bo miłość rozum odbiera i inaczej na świat patrzymy. A on, jak typowy egoista, pozwalał łaskawie się kochać. Ale po kolei.
Zaczęło się banalnie. On, przystojny, wykształcony prawnik. Ona, prawie pani mgr, również bardzo ponętna i wydawało by się, niegłupia. Spotkali się, coś zaiskrzyło. Naturalna koleją rzeczy było wprowadzenie się Pana Prawnika do Pani Prawie Magister. Sielanka…
Minął miesiąc, potem drugi, potem trzeci.
Ona, zakochana po uszy w chwili intymnej bliskości wyznaje mu jak bardzo go kocha. I tu zaczęły się schody… Bo on nie oddał tego uczucia i „uczcił” to wyznanie niezręczną (głównie dla niej) ciszą. Jego euforia ledwie sięgnęła słowa: lubię cię.
Czytaj dalej

Deja Vu, czyli Ubiec Przeznaczeniu.

ubiec przeznaczeniuPrzez pierwsze dziesięć minut tego filmu nie ma ani jednego dialogu. Przez pierwsze dziesięć minut tego filmu w ogóle może ktoś się dwa razy odezwał. Bywa tak, że po takim wstępie nie mam już ochoty zaczekać, czy spółka Reżyser And Scenarzysta przygotowali coś jeszcze, czy tylko będzie się mówiło o tym „kino ambitne”. W przypadku Deja Vu nie miałam żadnych problemów tego typu. To, że mało mówią, nie przeszkadza. Ważne, że pokazują. I najważniejsze – jak pokazują.
Od początku projekcji wyczuwa się napięcie. Akcja toczy się niby tylko na ekranie, jak zawsze, a jednak przez skórę czujemy, że coś się będzie działo. Trzeba przyznać, że spółka Reżyser And Scenarzysta zna się na swojej robocie doskonale. Film wciąga od pierwszej minuty i w zasadzie trzyma w napięciu do końca.
W zasadzie.
Czytaj dalej

Curse of the Golden Flower, czyli Cesarzowa

Curse of the Golden FlowerDramat, Przepych, Rozmach i Złoto. Tak najkrócej streściłabym ten film. Zasiadając do projekcji słyszałam, jak mówili, że film jest niezły. Nie miałam pojęcia w jakim sensie niezły, ale nie dopytywałam się bardzo – chciałam sama zobaczyć.
I zobaczyłam. I faktycznie, film jest naprawdę niezły. Choć słowo „niezły” absolutnie nie oddaje rozmachu i przepychu tego widowiska. W słowie „niezły” nie ma nawet cząstki złota, jakie płynie przez ekran. Niezły w końcu, nie oddaje dramatu rodziny i napięć pomiędzy jej członkami.
Nigdy nie byłam chińskim księciem, dlatego nie wiem, jak surowa etykieta obowiązywała na chińskim dworze około roku 900 ne. Europejskim księciem też nie byłam, myślę jednak, że etykieta na europejskich dworach nie była tak surowa jak na dalekim wschodzie. A na pewno my, dumni europejczycy nie musieliśmy myć się tak często i nosić takich cudacznych ubrań, zrobionych z jedwabiu cienkiego jak pajęcza sieć. I jak już ktoś musiał coś napisać, to robił to prostak, klasztorny skryba, na uczciwej koźlej skórze. Dumna szlachta europy miała od tego swoich ludzi.
Czytaj dalej